
Chciałem z nią wyskoczyć na solo i przerobić ją na kotlety, ale jako że jestem istotą miłościwą i ze wszech miar spokojną, postanowiłem krówkę oszczędzić po tym jak obdarzyła mnie- knura obrzydliwego, swoim zalotnym spojrzeniem. No zmiękło mi serce, więc strzeliłem portret i zatroskany oddaliłem się szukając kolejnych ofiar...

Oszukany i zawiedziony przez mój instynkt myśliwego-zabójcy postanowiłem nie zbliżać się do żadnych zwierzątek, co by zawodu jak z powyższą krówką po raz kolejny nie dostąpić. Skupiłem się na listkach.

Tarzając się w ściółce, chciałem sprowokować konfrontację "ja-kleszcze", niestety przeprowadzając poplenerową inspekcję ze smutkiem stwierdziłem, że żaden z okazji nie skorzystał... a zachęcałem solidnie, ubrany w spodenki i koszulkę celem byłem smakowitym. Chyba jestem trujący. Chyba mnie to nie smuci. Do następnego!

3 komentarze:
Uśmiałam się, zwłaszcza gdy czytałam o konfrontacji Ty i kleszcze...:)
A poza tym, no cóż...piękne fotki. :)
hehe ale mnie rozbawił Twoj post ;D portret krówki de best i ostatnie mi sie bardzo podoba! A fakt, mgliste poranki maja to cos. Pozdr.
Jak zwykle powiem tyle, "oddawaj obiektywy" :):)
Prześlij komentarz