poniedziałek, 7 grudnia 2009

Z szuflady...

Wersje dwie...
Dla optymistów:

Dla pesymistów:

piątek, 4 grudnia 2009

Jedno, bez słów...

niedziela, 29 listopada 2009

Coś czego...

Coś czego jeszcze u mnie nie było. Coś co jeszcze nie tak dawno nie wzbudziło by u mnie żadnego entuzjazmu i zainteresowania. Samochody. Wyścig o puchar miasta. Podejście się zmieniło jak pierwszy raz samodzielnie usiadłem za kierownicą czterech kółek. Lubie samochody, chociaż nie mam o nich zielonego pojęcia, a większe skrzyżowanie przyprawia mnie o zawrót głowy. Jeszcze...

Szkoda, że wszystko odbywało się na asfalcie, nie było błota, polnych dróg... zapach palonej gumy rekompensował mi tę stratę.

Jak dobrze zrozumiałem zasady, to były przygotowane dwa odcinki. Każdy zawodnik zaliczał na każdym odcinku po dwa starty. Przekrój samochodów? Od maluszków po SUV'a. Mali dawali rade:)

Kierowcy wyciskali ze swoich aut więcej niż fabryka dała. Niektóre zapewne bardzo boleśnie doświadczyły startu w tym wyścigu...

Uczestnicy wyścigów mieli zdrowe podejście. Liczyła się zabawa. Powyższy kierowca BMW ku uciesze gawiedzi, urządził sobie w czasie przejazdu mały pokaz driftingu, a w punkcie gdzie zebrało się najwięcej ludzi wykręcił kilka "bączków". Stracił mnóstwo czasu, ale został pozytywnie zapamiętany...

Duży fiacik natomiast, w czasie gdy oglądałem wyścigi, okazał się największym "Agresorem" jeżeli chodzi o pokonywanie zakrętów... efektownie? Na pewno! Efektywnie? Tego już nie wiem...

Nie żałuje ani sekundy spędzonej na imprezie, jeżeli jeszcze raz coś takiego się wydarzy, będę tam z pewnością!! Z debiutu w tego rodzaju fotografii jestem nawet zadowolony. Dzień na plus, gdyby nie "paści" jakie zagrałem na amatorce w kosza...

środa, 25 listopada 2009

A znów! A co!

No dziś już było o wiele lepiej, pogoda dopisała, łabądki podpływały, a gałązki się nie ruszały. Odbiłem sobie zatem wczorajszy wypad i pofociłem dwa razy dłużej niż wstępnie planowałem. To już ta pora, w której miejsca niedostępne stają się dostępne, niestety po zweryfikowaniu, owe niedostępne miejsca nie prezentują się tak okazale jak wydają się być wtedy kiedy nie można do nich dojść...

Szczerze powiedziawszy łabądki nigdy nie stanowiły dla mnie jakiegoś ciekawego obiektu fotograficznego, ot wielkie, pływające, białe stworzenia. Z braku innych motywów postanowiłem je sobie poobserwować, jako, że to jedyne zwierzęta, które przed obiektywem nie uciekają fotografowało się je całkiem przyjemnie.

Poza leniwym pływaniem i zanurzaniem głowy w wodzie, od czasu do czasu jakiś łabądek postanawiał rozprostować skrzydła. Problem był w tym, że nie wiadomo który akurat ma taki zamiar, ale po pewnym czasie obserwowania, można było dostrzec pewne przygotowanie poprzedzające ten manewr. Wypatrzyłem, ustrzeliłem, jest.

Nie... to nie te przygotowania:P


Mam jeszcze kilka zdjęć z tego wypadu, siedzących sobie grzecznie w RAWach, kilka aż prosi się o wyciągnięcie ich do JPGa... ale nie dziś. Dziś już mi się nie chce. Dwa posty w dwa dni to ponad moje siły...:P

wtorek, 24 listopada 2009

Wychodzę...

Stawiam na czerń i biel, ale tylko dziś i tylko dlatego, że po pierwsze dawno nic czarno białego u mnie nie było(pomijając już fakt, że w ogóle dawno nic nie było:P), a po drugie mamy już taką porę, że i kolor odpowiedni ciężej znaleźć. Ja zawsze szedłem na łatwiznę, więc jest jak jest.

Generalnie wypad średnio udany, połaziłem dosłownie 10 minut, strzeliłem kilka klatek i zaczęło padać. Powyższym łabędziom, których jakoś tak namnożyło się w tym roku deszcz nie przeszkadzał. Ja nie reflektowałem...

Jak można zauważyć, dziś premiera nowej sygnaturki, która na jakiś czas zagości na moich wypłodach(chociaż pewnie też się znudzi...)

poniedziałek, 26 października 2009

Przychodzi...

Czasem przychodzi taki dzień, w którym człowiek ma wrażenie, że gorzej być już nie może. Miałem ostatnio taki dzień...

Szkoda tylko, że każdy kolejny, okazywał się jeszcze gorszy. Boje się myśleć co będzie jutro. Prawo Murphy'ego jest dla mnie bezlitosne...

Robię rzeczy, których nie powinienem, włączając w to dzisiejsze focenie...







Tak na marginesie... Słuchać dopóki źle się nie kojarzy, bo jeszcze kilka zjazdów i będziemy przy tym płakać:

sobota, 3 października 2009

Bywa tak...

Tak to już w życiu bywa, że nie zawsze człowiek jest w stanie sprostać przedsięwzięciom za które dumnie się zabiera. Tak jest w przypadku mojego bloga, nie mam tyle siły i energii w sobie, aby w miarę regularnie, tak jakbym chciał zamieszczać tutaj nowe, kolejne posty. No ale początkowy zamysł pozostał niezmienny... poszczę tylko kiedy chcę, bez zbędnego przymusu, gdyż przymus zabija przyjemność z działania i wszelaką motywację. Potrafi zniechęcić do najprzyjemniejszych czynności. Ja przyjemności z pisania i prowadzenia(sporadycznego, aczkolwiek dającego pewną dozę satysfakcji) bloga rezygnować nie zamierzam.
To tak, tytułem usprawiedliwienia się(po raz kolejny) z blogowej absencji. Rekinem medialnym nie jestem, tłumów słowem nie porywam, ale jakby nie było to jakieś dwie, w porywach trzy osoby raz na miesiąc tutaj wejdą. Oczywiście chwała im za to. Jak wygram w totka to jakoś to Wam wynagrodzę(co prawda najpierw muszę przekonać się do gry:P). Nie obiecuję natomiast, że poprawię się w pisaniu...

Dla nacieszenia oka, dwie jesienne(jedna mniej jesienna) fociry głodne fali nadchodzącej(mam nadzieję) krytyki...